Antep kontra reszta tureckiego świata

Już od jakiegoś czasu jestem w Gaziantepie. A przynajmniej wystarczająco długo, żeby już mniej więcej to miasto ocenić w swojej głowie. Jednodniowe wycieczki raczej nie dają zbyt szerokiego oglądu, więc nie dziwne, że po jednej takiej wizycie kilka lat temu miałam dość skrzywiony obraz tego miasta. Na szczęście znalazło się wiele rzeczy, które pozwoliły mi zmienić moją opinię o Antepie.

Kiedy przyjechałam tu pierwszy raz żar lał się z nieba, miałam wrażenie, że nie ma żadnej zieleni i otacza mnie wszechobecna pustynia. Wjeżdżaliśmy do miasta od strony biednej dzielnicy gecekondu (coś w stylu tureckich slumsów) i oprócz cherlawych, ledwie stojących domków widziałam tylko w oddali spaloną słońcem ziemię. Wizja mieszkania tutaj dla osoby lubującej się w zieleni nie była więc zbyt pozytywna. No ale cóż, jak mus to mus, czasem trzeba zacisnąć zęby i pojechać do miejsca, w którym niekoniecznie chciałoby się spędzić choćby miesiąc.

Nadzieją napawała mnie jednak myśl, że raczej nic nie będzie gorsze niż mieszkanie w konserwatywnej i potwornie przeludnionej dzielnicy Stambułu. Samo wejście do autobusu bez ocierania się o milion innych spoconych pasażerów było wyjątkowo kuszącą wizją – zupełnie nierealną w stambulskim piekle (no może, że w nocnym autobusie w środku tygodnia). A dochodzą do tego jakże prozaiczne sprawy jak ceny wynajmu mieszkań i ogółem koszt życia, który w Gaziantepie jest o wieeele niższy.

A jednak Antep (bo funkcjonuje także taka nazwa bez początkowego Gazi) mnie zaskoczył. I – uwaga! – POZYTYWNIE!

  1. Zieleń

Wiecie gdzie jest największy park w Turcji? W Stambule? Antalyi? O nie, bo właśnie w Gaziantepie! Choć powiedzmy sobie szczerze, że wielkość jednego parku wcale nie musi być kusząca, kiedy wokół niego tylko piach, szare blokowiska i skały. Ale właśnie tak nie jest! Nasze mieszkanie nie znajduje się w żadnej luksusowej dzielnicy, a już pod blokiem mam jeden niewielki park. W ciągu dwóch minut mogę dotrzeć na piechotę do innego dużo większego “Şelale Park”, czyli parku wodospadów. I choć te wodospady są tylko górnolotnie nazwaną gigantyczna fontanną, to zawsze miło jest móc wyjść na wieczorny spacer w cieniu drzew, czyż nie?

 

Bardzo pozytywnie zdziwiły mnie też zielone ogródki wokół bloków. Wydawałoby się dość banalne, ale jest to coś praktycznie niespotykanego w Stambule lub nawet w Izmirze!

Żeby być jednak sprawiedliwą, przyznaję, że pustynnych okolic nie jest wcale mało 😉

  1. Kuchnia

Ok, wiedza, że Antep jest stolicą tureckiej kuchni, to absolutne podstawy dla osób interesujących się Turcją. A jednak wszędzie pokutuje przekonanie, że jedzenie w Gaziantepie składa się tylko z kebaba na trylion sposobów na śniadanie, obiad, kolację i podwieczorek. No dobra, opcjonalnie można zagryźć tego kebaba kęsem najsłynniejszej (znowu!) w Turcji baklawy. Ile w tym prawdy?

Cóż, wiele i niewiele. Nie da się ukryć, że mieszkają tu fanatycy grilla i pieczonego na nim kebaba. Non stop spotykam się z grillem rozpalanym bez żenady na środku chodnika. Raz nawet widzieliśmy pracowników zwykłego sklepu typu Biedronka, kiedy tuż przed wejściem układali szaszłyki na ruszcie. Oczywiście, w czasie pracy 😉

Nie oddałabym jednak Antepowi sprawiedliwości, gdybym nie powiedziała, jak różnorodna jest tutejsza kuchnia! Według znajomych Turków miałam tutaj umrzeć z głodu, opcjonalnie żywić się wyłącznie baklawą (to w sumie całkiem miła wizja). A jednak wciąż żyję i mam się całkiem dobrze.

To właśnie tutaj zjadłam ostatnio najsmaczniejsze w moim życiu gözleme (smażone placki z farszem), powalające na kolana pide (pieczony placek z serem – podobny do pizzy) i nohut dürüm (tortilla z ciecierzycą) – a to są tylko początkowe próby! Powiem nawet więcej, zdecydowanie łatwiej jest tu o urozmaicenie codziennej tureckiej kuchni niż chociażby w Stambule. Niestety, jeżeli szukamy w Turcji czegoś zagranicznego, to ma się wrażenie, że jest to jakaś fanaberia i każda nie turecka restauracja upada w ciągu tygodnia lub serwuje dania za miliony monet. W Gaziantepie za to jest bardzo łatwy dostęp do smacznej i taniej syryjskiej kuchni – w tym mojego ukochanego falafela.

  1. Słodkości

Tutejsze desery są tak cudowne, że zdecydowanie zasługują na osobny punkt. Prawdopodobnie mogłabym godzinami rozwodzić się tylko nad smakiem tutejszej baklawy. Od samego początku mojej przygody z Turcją jestem wierną wielbicielką tego deseru, ale w Antepie baklawa naprawdę ma inny, zdecydowanie lepszy smak! Rozpływa się w ustach, jest mięciusieńka i rozkosznie słodko-orzechowa. Po prostu idealna!

Ale nie tylko baklawą człowiek żyje. Można więc zjeść tutaj zapychający najwytrwalszych wielbicieli słodkości katmer (ogromne ciacho z kremową śmietanką), przepyszne künefe (ciasto ze smażonym serem na słodko) z lodami, no i właśnie same lody, które możemy znaleźć w wielu lodziarniach. Zdecydowanie polecam! Co ciekawe, do popicia deseru kelnerzy zaproponują nie tylko turecką kawę lub herbatę, ale także mleko.

  1. Zamknięty – otwarty wschód

Nie będę nikomu mydlić oczu, że Antep to druga Antalya czy Izmir, gdzie w upalny dzień założymy krótkie spodenki i (prawie) nikt nie będzie się na nas gapił jak sroka w gnat. Jednak to jak mi przedstawiano życie w Gaziantepie wcześniej i jakie ono jest, to jak dwa kompletnie inne światy. Ok, częściej widuję kobiety zakryte tak, że ich płeć rozpoznaje się głównie po głosie, ale dziewczyny w krótkich spodenkach i w topach odkrywających brzuch TEŻ spotykam.

Sama już nie wiem co lepsze – bus-restauracja czy busobar? 😉

Mimo że wiele osób wciąż próbuje mnie o tym przekonać, Antep to nie zabity dechami koniec świata. Choć to też pewnie miałoby jakiś urok. Globalizacja postępuje i dociera wszędzie, a szczególnie do miasta z ponad milionem mieszkańców. Spokojnie więc z autobusu z kebabem (funkcjonuje nawet cała sieć tych bus-restauracji) przejdziemy się na kawę do Starbucksa, a gorącą pizzę w Pizzahut możemy zagryźć pistacjowymi lodami na bazie koziego mleka.

  1. Chodniki i ulice

I tutaj zaczynam mieć mieszane uczucia. Z jednej strony jestem bardzo zdziwiona, że w tureckim mieście mogą istnieć szerokie chodniki, po których da się jeździć wózkiem. To naprawdę jest coś nietypowego – ani w Izmirze ani w Stambule nie było z tym lekko. Dobra, nie jest idealnie, ale i tak jest o wiele lepiej i nie spotykam non stop: a) samochodów zaparkowanych na środku chodnika, b) drzewa wyrastającego z samego środka wąziutkiej drogi, c) wielkich krawężników uniemożliwiających wejście na chodnik, d) chodników urywających się znienacka…

Za to z drugiej strony doskwiera mi totalny brak przejść dla pieszych, nawet na najbardziej ruchliwych drogach. Przecież i tak wszyscy będą przebiegać gdziekolwiek, nie? 😉

 

Podsumowując, nie taki Gaziantep  straszny, jak go malują. Jednak dodam jeszcze, żeby nie było zbyt kolorowo, że i tak gdybym teraz wybierała miasto zamieszkania, to ze znanych mi tureckich miast, bez wahania wciąż wybrałabym Izmir. Na szczęście już niedługo jedziemy tam na całe dziesięć dni 😉

 

The following two tabs change content below.
Mam na imię Ola. Uwielbiam rozglądać się i pokazywać innym rzeczy, które uważam za ciekawe. Dlatego powstał ten blog, który tworzę ze swoim ukochanym mężem 🙂 Jeżeli chcesz się skontaktować, pisz śmiało na adres: ola@whattoseeinturkey.com