Erasmus w Turcji – każda wymiana to całkiem inna historia

Do wszelkich wpisów na temat wyjazdów erasmusowych mam bardzo mieszane uczucia. Może tylko ja mam taki talent, ale notorycznie trafiam na takie wpisy. Szczególnie te, które mówią o szalonych i zmieniających życie wyjazdach. Tylko czy tak rzeczywiście jest? Czy Erasmus zmienia nasze spojrzenie na świat? Zmienia nasz styl życia? Śmiem wątpić ;))

Jako, że nie jestem niepoprawną optymistką, która wszędzie widzi tylko różowe kolory, ptaszki i szczęście, to do Erasmusa też podeszłam z dystansem. Dopomogło mi w tym również to, że dostałam się na niego bez żadnych kłopotów i fatygi, jakie zazwyczaj napotykają na swojej drodze inni studenci. Jeszcze na miesiąc przed wyjazdem nie miałam zielonego pojęcia, że gdziekolwiek pojadę, nie musiałam zdawać żadnych egzaminów, pisać listów motywacyjnych po angielsku i innych cudów :))
Ale od początku!

Pewnego styczniowego dnia koleżanka powiedziała mi, że zbliża się trzecia tura Erasmusa i będzie aplikować na wyjazd, bo dlaczego nie… No właśnie? Dlaczego nie?! Co prawda studiowałam polonistykę i do tego ze specjalnością logopedyczną, ale co mi tam, jeden semestr można sobie odpuścić i poudawać studenckie zaangażowanie gdzieś za granicą. A jak zobaczyłam jeszcze, że jednym z miejsc, do których mogę pojechać, jest IZMIR (czyli miejscówka obecnego męża, a wtedy tylko chłopaka), to już byłam pewna, że trzeba spróbować szczęścia.

ALE…
Nie miałam żadnego certyfikatu potwierdzającego moją znajomość języka angielskiego! Obowiązkowy na uniwersytecie egzamin na poziomie B2 zdawałam z rosyjskiego… Cóż. Zadzwoniłam do odpowiedniego pracownika na moim uniwersytecie i mówię…
Ja: Chciałabym wyjechać na Erasmusa, ale, niestety, nie zdawałam egzaminu na poziomie B2 z angielskiego…
Pani: A z jakiego języka pani zdawała?
Ja: Z rosyjskiego.
Pani: A ma pani jakiś inny certyfikat potwierdzający znajomość angielskiego?
Ja: Nie.
Pani: Może chodziła pani na jakiś lektorat z angielskiego na naszej uczelni?
Ja: Nie.
Pani: A poza uczelnią?
Ja: Nie.
Pani: A dogada się pani po angielsku?
Ja: No… Byłam już na praktykach akurat w tym samym mieście i się dogadywałam dobrze…
Pani: A do jakiego miasta chce pani jechać?
Ja: Do Izmiru.
Pani: …?
Ja: W Turcji.
Pani: Aaa! Haha, to nie ma problemu, niech pani wpisze w podaniu ocenę z rosyjskiego.

No cóż… Jeden problem z głowy. Okazało się, że innym dokumentem, który muszę złożyć, jest… Podanie w języku polskim. Napisane na kolanie podanie złożyłam więc na następny dzień w odpowiednim pokoju, razem z dotychczasowym „wyciągiem” moich ocen ze studiów. Pani pobieżnie rzuciła okiem na podanie, wrzuciła oba dokumenty do teczki i kazała mi wziąć sobie „pakiet Erasmusa”, bo już w sumie zostałam zakwalifikowana na program. Dopiero w pakiecie okazało się, że mam jeszcze kilka dokumentów do wypełnienia, ale były to już tylko dodatkowe formalności, które nie stanowiły żadnego problemu.

A magisterka?!

Co prawda był to dopiero pierwszy rok moich studiów magisterskich, więc mogłam się za bardzo tematem pracy nie przejmować. Ale to wiedzą tylko doświadczeni w bojach absolwenci, którzy piszą swoje prace w ciągu ostatniego miesiąca przed zaplanowaną obroną. Ja nie miałam jeszcze takiej świadomości i do tego podeszłam do tematu ambitnie ;))

Czytałam w tym czasie sporo artykułów dotyczących życia w Turcji, odwiedzałam blogi, fora, grupy na FB, więc siłą rzeczy trafiłam w końcu na wzmianki o Adampolu – polskiej wiosce w Stambule. I nagle nastąpiło oświecenie. Jeżeli w Adampolu – Polonezköy wciąż mieszkają Polacy mówiący po polsku, to dlaczego nie zrobić badań na temat języka polonijnego? Wystarczyło pojechać tam kilka razy w trakcie wymiany i nagrać te parę osób w czasie swobodnej rozmowy, a później te nagrania spisać i opracować językoznawczo. Niby banalna sprawa, ale na moje nieszczęście później okazało się, że wcale taka nie była. Za to wyszła z tego całkiem ciekawa magisterka ;)) No i zawsze miałam TEN WAŻNY POWÓD, dla którego musiałam jechać na Erasmusa akurat do Turcji.

A co z szalonymi erasmusowymi imprezami?

No właśnie?! Coś mnie chyba ominęło, bo w czasie całej wymiany byłam raz w klubie i ran na domówce z okazji urodzin koleżanki. Wychodzi ze mnie sztywniara i najgorsza łajza, ale naprawdę wszystkie propozycje wcale mnie nie nęciły. Przyjechałam na Erasmusa już dość późno, bo zakończył się tydzień integracyjnych – na wstępie już nie znałam nikogo. Do tego uczyłam się na wydziale, gdzie byłam jedyną osobą z wymiany. Mieszkałam w całkiem innej dzielnicy, więc nawet nie miałam możliwości, żeby na niektóre nocne wypady się wybrać. A już na pewno nie przyciągała mnie aura grupy Turków, którzy wszystkie erasmusowe imprezy urządzali.

I tutaj następuje element przestrogi. Rzadko kto zdaje sobie sprawę, że nie wszyscy uczelniani „wolontariusze” chcą nam bezinteresownie pomagać. Już po kilku dniach okazało się, że na znajdowaniu mieszkań na wynajem dla erasmusów wykuli sobie niezły biznes. Stawki za pokój w przeciętnej dzielnicy wynosiły tyle, co za całe mieszkanie w luksusowym apartamencie. Stworzyli sobie także tajną grupę na Facebooku, gdzie wrzucali zdjęcia studentek w kompromitujących sytuacjach. Wszystkie były opatrzone oczywiście niewybrednymi komentarzami. Nie ma co się więc dziwić, że wolałam stronić od tego towarzystwa. Czas zajmowały mi wypady z tureckimi i polskimi znajomymi oraz wycieczki w nieznane, chociażby do wspomnianego już Polonezköy na badania ;))

Powrót

Przyznaję bez bicia – pod koniec już miałam dość Turcji. Chciałam przyjechać do Polski, zaczęłam się zastanawiać, co będzie na uczelni po powrocie. Nie wciągnęłam się w wir uciech i zabaw. Miałam sporo zajęć na uczelni, a mój erasmusowy status nie stanowił dla wykładowców żadnej taryfy ulgowej. Do tego trzeba było robić badania do magisterki, które też pochłaniały dużo czasu. Bawiłam się więc, ale tak naprawdę tak samo dobrze potrafiłam się bawić w Polsce. Nie mogę powiedzieć, że było lepiej, że był to najlepszy czas w moim studenckim życiu – było po prostu inaczej i ogromnie cieszę, że mogłam wykorzystać szansę na wyjazd. I zdecydowanie każdemu polecam taką możliwość!

Najgorsze jednak nastąpiło po powrocie na uczelnię, gdzie rozpoczęło się prawdziwe piekło. Okazało się, że wykładowcy nie są wcale skłonni do dawania zaliczeń tylko za zdany egzamin. Musiałam chodzić na wszystkie możliwe dyżury, żeby zaliczać temat po temacie kolejnych niezbędnych mi w przyszłym życiu wykładów. Przygotowywałam prace pozwalające mi podejść do rozmowy na temat wykładów – po rozmowie zakończonej pozytywnie mogłam dopiero przyjść na egzamin. Z innych przedmiotów jeszcze nie pozwalano nawet na to, musiałam więc chodzić w trakcie kolejnego semestru na wykłady, żeby móc podejść do egzaminu. Żaden zaliczony przedmiot na uniwersytecie w Izmirze nie został uznany za wystarczający, żeby mógł zaliczać choćby jedne ćwiczenia z mojej wydziałowej listy. Pod koniec roku wylądowałam z adnotacją o jedenastu (!!!) bezpłatnych warunkach. Na szczęście w trakcie kolejnego roku akademickiego jakoś udało mi się z nimi rozprawić, choć nie było lekko.

 

Nie wyobrażajmy sobie więc, że Erasmus to zawsze tylko szalone romanse, niekończące się imprezy i podróże dookoła świata. No i już na pewno nie jest tylko dla wybranych ;)) W sumie jak wszystko taki wyjazd ma swoje ciemne i jasne strony. Choć oczywiście cieszy mnie, kiedy ktoś ze swojego wyjazdu potrafił wyłuskać tylko to, co najlepsze!

The following two tabs change content below.
Mam na imię Ola. Uwielbiam rozglądać się i pokazywać innym rzeczy, które uważam za ciekawe. Dlatego powstał ten blog, który tworzę ze swoim ukochanym mężem 🙂 Jeżeli chcesz się skontaktować, pisz śmiało na adres: ola@whattoseeinturkey.com
  • Joanna Wilczyńska

    Dobrze, że czasem pojawi się chłodniejszy głos w tym całym erasmusowym szaleństwie. Sama też chcę skorzystać z tej okazji za rok, ale daleka jestem od niekończących się zachwytów. Obawiam się właśnie tego, że będzie ciężko nadrobić wszystkie zaległości. A chcę jechać na 1 semestr 3 roku licencjatu, więc nie będzie dużo czasu na nadrabianie…

    • Ola

      Musisz skorzystać! Ja miałam wyjątkowo patową sytuację, ale i tak dało się wybrnąć 😉 Żaden z moich znajomych nie miał takich problemów, więc nie myśl o tym długo, tylko jedź! Taka możliwość może się nie powtórzyć 🙂

  • Ja pierdziele, Ola, podziwiam, że przez to wszystko przebrnęłaś… Słyszałam o problemach z zaliczaniem ocen, ale żeby aż tak?! Porażka… Dobrze, że o tym napisałaś; niech osoby interesujące się takimi wyjazdami wiedzą, że może ich spotkać dosłownie wszystko…

    • Ola

      No dokładnie ;D Wielu ludziom się wydaje, że zawsze wszystkim erasmusom przedmioty zalicza się na skinięcie palcem, a niestety czasem bywa trochę trudniej 😀

  • Przykre, że już po powrocie musiałaś przejść przez taki koszmar związany z nadrabianiem różnic… Zastanawiam się, z czego to wynika, bo skoro oferuje się studentom możliwość wyjazdu to powinno się ich raczej wspierać, a nie rzucać kłody pod nogi. Może to po prostu biurokracja, nie wiem – natknęłam się na podobne traktowanie, kiedy studiowałam dwa kierunku, ale nie miałam tyle samozaparcia co Ty i po prostu z jednego zrezygnowałam.
    Podoba mi się, że podchodzisz do tematu w taki krytyczny sposób, bo mam wrażenie, że większość opinii na temat Erasmusa to takie lukrowane laurki. Muszę też przyznać, że informacja o grupie na Facebooku jest szokująca…

    • Ola

      No, ja próbowałam nakłonić znajomego, który otrzymał zaproszenie do tej grupy, żeby informację o niej przekazał na uniwersytet. Potem takie typy chodzą sobie bezkarne i myślą, że mogą traktować ludzi jak zabawki :/

  • To rzeczywiście gładko poszło, zwłaszcza z tym angielskim 🙂 No i szkoda, że tak podeszli do tematu po powrocie, w sumie można było to rozwiązać całkiem inaczej

    • Ola

      Łatwy początek musiał się czymś odbić na koniec 😀 W końcu musi być równowaga w przyrodzie 😉